Tekst – gatunek – dyskurs na przełomie XX i XXI wieku. Lublin, 16-17 grudnia 2010

Ambitne referaty, jeszcze ambitniejsi studenci i niezapomniana atmosfera – tak najkrócej można opisać ostatnią konferencję polonistów UMCS.

Tekst – gatunek – dyskurs na przełomie XX i XXI wieku był tematem VII międzynarodowej konferencji naukowej z cyklu Humanista wobec tradycji i współczesności, która odbyła się w dniach 16-17 grudnia 2010 roku w Lublinie. Sesję zorganizowało Studenckie Koło Naukowe Etnolingwistów (SKNE), działające przy Zakładzie Gramatyki i Tekstologii Języka Polskiego w Instytucie Filologii Polskiej UMCS. Uroczystego otwarcia konferencji dokonali: prof. dr hab. Halina Pelc – prodziekan Wydziału Humanistycznego, dr hab. Stanisława Niebrzegowska-Bartmińska – z-ca Dyrektora Instytutu Filologii Polskiej UMCS i kurator SKNE UMCS oraz Monika Gryboś – przewodnicząca SKNE UMCS. Z referatami wprowadzającymi zgodzili się wystąpić znakomici lubelscy badacze: prof. dr hab. Jerzy Bartmiński, prof. dr Maria Wojtak oraz prof. dr hab. Maria Woźniakiewicz-Dziadosz.
Mimo mroźnej i śnieżnej aury, do Lublina przybyli referenci ze wszystkich stron Polski, reprezentujący 11 miast oraz 13 ośrodków naukowych. Gośćmi UMCS byli studenci ze Szczecina (US) , Poznania (UAM), Wrocławia (UWr), Gdańska (UG), Warszawy (UKSW, UW), Krakowa (PAN), Rzeszowa (UR), Radomia (KL UMCS), Białej Podlaskiej (KL UMCS) oraz Równe na Ukrainie. Nie zabrakło oczywiście przedstawicieli lubelskich uniwersytetów: KUL- u oraz gospodarzy UMCS- u. Konferencja podzielona została na 8 bloków tematycznych, po których prowadzone były dyskusje. Niektóre wystąpienia wzbudziły tyle emocji, że rozmowy prowadzono w kuluarach. Tematyka referatów rzeczywiście była szeroka. Studenci badali teksty, gatunki i analizowali dyskurs z perspektywy językoznawczej, literaturoznawczej czy kulturoznawczej. Wystarczy przytoczyć kilka tytułów artykułów, aby zwrócić uwagę na niebanalność oraz różnorodność tematyczną. Słuchacze mogli zatem wysłuchać takich referatów jak: Testament amerykański jako gatunek wypowiedzi, Blog – gatunek przekazu digitalnego dla każdego, Ciało w zagadkach, Intertekstualność i genologia w twórczości Antonia Tabucchiego, Afisz teatralny a genologia lingwistyczna – miejsca wspólne. Zarys, Vlepiaj! Promuj swój klub! – vlepka kibicowska jako nowy gatunek czy Konsytuacja a udział środków werbalnych i niewerbalnych w dialogach dziecka z opóźnieniem rozwoju mowy.
Uczestniczący w sesjach i dyskusjach badacze zwracali uwagę na niezwykle wysoki poziom wystąpień. Opiekun naukowy Studenckiego Koła Naukowego Etnolingwistów, dr Joanna Szadura oraz jej podopieczni przygotowali konferencję ciekawą i dynamiczną. Organizacja stała na najwyższym poziomie. Nie brakowało oczywiście spotkań pozasesyjnych. Okazją do integracji i wspólnej zabawy było przygotowane spotkanie opłatkowe oraz zwiedzanie Podziemi Lubelskich. Przybyli goście docenili piękno i wielokulturowość Lublina oraz życzliwość i otwartość Lublinian. Niezwykle ciepło zostali przyjęci lubelscy naukowcy: prof. dr hab. Maria Wojtak, dr hab. Stanisława Niebrzegowska-Bartmińska oraz prof. Jerzy Bartmiński. Ich cenne uwagi podczas sesji oraz życzliwe rozmowy w czasie przerw i spotkań były dla referentów wielkim zaszczytem i stanowiły niewątpliwą przyjemność. Był to swoisty transfer wiedzy; w końcu zgodnie z konferencyjną tradycją uczestnicy sesji naukowych to w wielu przypadkach przyszli naukowcy. Jednak wszyscy jednogłośnie przyznają, że najistotniejsze jest nabycie nowych doświadczeń, zawarcie nowych znajomości oraz tworzenie niepowtarzalnej atmosfery konferencyjnej, zarówno tej naukowej jak i towarzyskiej.

Mateusz Kasiak (SKNE UMCS)

Co pokazał korowaj? O zwyczajach związanych z korowajem

Kiedy w Studenckim Naukowym Kole Etnolingwistów UMCS powstał projekt „Pieczywo obrzędowe Lubelszczyzny”, postanowiliśmy w poszukiwaniu wiedzy udać się na Podlasie.

Odwiedziliśmy IV Festiwal Korowaja Mielnickiego, który odbył się 1 maja 2010 roku [1] Punktem kulminacyjnym naszej wyprawy była wizyta w przygranicznej wiosce Wilanowa. W starej, wyłożonej ręcznie zrobionymi dywanikami i szczelnie obklejonej ikonami chatce, pod czujnym okiem pani Marii Szyszko [2] uczestniczyliśmy w niecodziennym szkoleniu – wypiekaniu korowaja [3].

Korowaj jest obrzędowym ciastem charakterystycznym dla wschodnich rejonów Polski, a także dla Ukrainy i Białorusi, gdzie zwyczaj jego wypiekania jest kultywowany. Na Podlasiu był pieczony na Zwiastowanie, 7 kwietnia oraz w dniu św. Jerzego, przypadającym na 6 maja. Na Zwiastowanie NMP piekło się tzw. busowe łapy, wkładane później do bocianiego gniazda. Natomiast korowaj, który wypiekano na dzień św. Jerzego, taczano po polu, aby zapewnić obfite plony. Bez tego ciasta nie mogło się odbyć żadne wesele, ponieważ ma ono związek z płodnością, wegetacją, bogactwem i szczęściem. Nie dziwi więc, że jest też nazwane chlebem weselnym.

Korowaj na Podlasiu zanany jest od dawna: korowaj w naszych kierunkach z wieków przedwieków; wszędzie beł korowaj i u nas bel korowaj, a skond się teraz senki wzieli, to ja nie wiem [MSz]. Ignacy Kraszewski, który dzieciństwo spędził w okolicznych wioskach, na kartach Starej baśni wspomina o rytuale jego wypiekania. Do wypieku potrzebowano mąki w najlepszym gatunku: pierwszy gatunek mąki [WT], siedem miarek mąki jak śnieg białej[4], zazwyczaj pszennej (choć biedniejsi gospodarze używali też i żytniej), wody (dziewczęta […] lały wodę kryniczną) [5], mleka, masła i jajek: dużo żóltek sie dawalo, żeby to byl żólciutki [WT].

Pieczeniu weselnego chleba towarzyszył śpiew: mlodsze kobiety zamężne, które wypiekaly po prostu ten korowaj z przyśpiewkami, śpiewali wszystko, takie o [WT]. Na początku śpiewano pieśni religijne, później obrzędowe, związane z wypiekiem ciasta: Najpierw śpiewali święte piosenke: Tebe ja mater preswiataja… Całej nie, pare słów zaspiewali […] my spiewali, pierwsze, jak my spiewali jak no swacha zacznie to ciasto gnieć […]ona wygniata i ona zaczyna piosenke [MSz]. Śpiewano też o: mlodym, o mlodej, o tych, że to bendzie malżeństwo po prostu, ze bendo razem żyli, żeby im sie szczęścilo, żeby ten korowaj rós jak piersi u tej panny mlodej [WT]. Każdemu sypaniu i laniu każdemu nowa pieśń towarzyszyła, co je tłumaczyła. W takt potem pieśni białymi rękami ciasto ugniatały niewiasty śmiejąc się i żartując z narzeczonej […] [6].

Podczas pieczenia korowajnicom musi dopisywać dobry humor, problemy dnia codziennego nie powinny zaprzątać ich myśli: musi być spokój, nie może być nerwowej atmosfery […], musi być idealnie, taka sielanka i wtedy te ciasto idealnie rośnie [LS]. Z połączenia tych składników i śpiewu powstawało duże, okrągłe ciasto. Niektórzy informatorzy zapytani, skąd pochodzi nazwa korowaj, kojarząc ją ze słowem koło, odpowiadali, że ciasto musi być okrągłe.

Nie każdy mógł upiec korowaja. Mężczyźni nie byli dopuszczeni do pieczenia, a bo to taka babska robota, podsumowała w rozmowie z nami pani Maria [MSz].

Chleb weselny piekły zamężne kobiety: ciasto ugniatały niewiasty[7]. Jak opowiadała jedna z informatorek: To musialy być zamężne kobiety [WT]) zwane korowajnicami, panny mogły pomagać tylko przy robieniu ozdób: każdy staral się coś zrobić, żeby beło pieknie [MSz]. Za pieczenie korowaja nie wypadało brać pieniędzy: na wesele to nie, bo to wszystko weselne [MSz], była to sprawa honorowa: byl po prostu taki honor, że sie zapraszalo już takie kobiety, to im bylo no po prostu honorowo, że to pójść przed weselem, no, jak to we wsi prawie wszyscy swoi [WT].

Ciasto na naszego korowaja zagniotła gospodyni. Do miski wsypała mąkę: i bendziem miesić, tu monka o, […] tu trocha porzuce monki na te gonski, na to wszystko, musowo na twardo to ciasto zrobić, bo ta ptaszka będzie o, kłaniać się. Teraz ide po drożdze, po jajka, po margaryne, wylewać tu wszystko, dodawać, zaraz soli, o, cukru, olejki [MSz], później dodała cukier, margarynę i mleko, sól, cukier, olejek zapachowy. Korowaja zagniata się bardzo długo: bez trudu nie ma nic, […] jego trzeba bardzo dlugo miesić, żeby wymiesil się [MSz].

Całość podzieliła na dwie części – jedną z nich pani Maria ułożyła w formie, aby rosła, drugą – otrzymali studenci, z której mieli ulepić ozdoby mające powędrować na wierzch ciasta: dam wam kawałek ciasta, będziecie miesić, a korowaj niech rośnie, wtenczas kwiatek narobicie [MSz].

Wśród wzorów ozdób, które lepiłyśmy, znalazły się ptaszki (zwane gąskami, huskami lub żeworonkami z ros. ‚skowronki’), symbolizujące, według pani Marii, rodzinę, potomstwo: ptaszki bo dlatego, że przy sloneczku wszystko, wszystko lata, wszystko chodzi i musi być cztery ptaszki […] jedna grubsza, z głową, i to już tak, jakby rodzina tu siedzi, dookoła slonka posadzona [MSz]. Korowaj był wszak ciastem, mającym zapewnić płodność. Na weselnym chlebie znalazły się kaczuszki, koguciki, szyszki, kwiatki, listki, warkocze: korowaj […] na którym spleciona kosa panny młodej siedziała [8], płotki i kłosy zbóż: kłosy to bogactwo, żeby im nie zabrakło chleba w życiu [LS].

Pani Maria ulepiła słońce i księżyc, symbole kosmosu, które umieściła na środku ciasta: a to sloneczko i księżyc to juz dla młodych wykroją, dla mlodych oddadzą, to juz mlodych porcja byla, slonko i księżyc tylko, przeznaczona [MSz]. Na weselnym chlebie mogłyby się jeszcze znaleźć zielone gałązki: pozatykane gałązki zielone[9], np. barwinku, wiecznie zielonej rośliny, symbolu drzewa życia.

Kraszewski na kartach Starej baśni tak tłumaczy symbolikę ozdób: Wszystko to były godła dziewictwa, młodości, wesela, które się z tym dniem ofiary kończyło, a poczynało od niego życie trudu, łez i pracy, które jedna miłość miała osłodzić [10].

Kiedy my lepiłyśmy ozdoby, pani Maria położyła ciasto na plice, żeby ono grzało się i schodzilo [MSz]. Gdy ptaszki i kwiatki były już gotowe a korowaj zszedł, gospodyni posmarowała wierzch ciasta jajkiem: smaruje, smaruje, bo zaraz będziemy na niego walić kwiatki [MSz]. Ozdoby układała pani Maria. Zaczęła od słońca i księżyca, później ułożyła ptaszki, kolejno kwiatki, listki, warkocze… Układając ozdoby, zachęcała nas do śpiewu, bo przecież prawdziwemu wypiekaniu weselnego ciasta towarzyszył śpiew. My jednak nie znałyśmy (jeszcze) pieśni korowajowych, więc gospodyni, aby uczynić zadość tradycji, zaśpiewała sama.

Korowaja piekliśmy tradycyjnie, w chlebowym piecu. Przed włożeniem go do pieca, pani Maria uczyniła znak krzyża i przeżegnała się: w imie Occa, Syna, Światowo ducha. Amin. Upiec się dokladnie. Każde, czy ja chleb sadzila w piec, to ja musze przeżegnać piec [MSz].

Gdy korowaj rumienił się w piecu, gospodyni opowiadała o weselnym cieście. Piekło się je wcześniej: trzy dni wesele, to juz piecze sie korowaj w sobote [Msz], wypiekało się kilka korowajów. Z pewnością robiono co najmniej dwa ciasta – jedno w domu panny młodej, drugie – w domu pana młodego. U bogatych gospodarzy pieczono ich więcej: Na każdym stole korowaj stal. Bo nawet, którzy szli na wesele, to jeszcze z domu brali korowaja [WT].

Na weselu obrzędowym ciastem byli obdarowywani wszyscy goście. Zazwyczaj dzielenie korowaja miało miejsce po oczepinach. Weselny chleb kroił nożem przepasany ręcznikiem drużba: i musi swat, już swata ręcznik przywiązany, taki wyszyty, już młoda musi wyszyć ten ręcznik dla swata tego i już jemu przywiązują [MSz]. Dzieleniu korowaja towarzyszyło uderzanie wałkiem w belkę i zwoływanie wszystkich gości: i wtedy swat dzielił, bierze wałek taki i po belkach stuka, juz wywołuje, ojca wywołuje najpierw, matke, później bracia, siostry, najpierw rodzine do tego korowaja [MSz].

Ciasto rozdawano przybyłym, zachowując pewną kolejność. Pierwsi otrzymywali je państwo młodzi, rodzice, rodzice chrzestni i pozostali goście. Goście otrzymywali też po kawałeczku korowaja do domu, żeby poczęstowali nim domowników: bo już po weselu, jak rozchodzi się weselje, to każdemu krojo po kawalku do domu, bo tam dzieci w domu czekajo tego korowaja [WN].

Dzieci dostawały tzw. korowajczyki, małe korowaje, figurki ptaszków, szyszek, listków, podobne do tych, które zdobiły wierzch ciasta. Korowajczyk otrzymywał także drużba: i ta dróżka musiała spiec korowajczyk, musiala miec, musiała spiec dla drużbanta, dla siebie. Małe korowajczyki dostawali także przyglądający się przejazdowi mieszkańcy wsi, którzy niebędąc gośćmi weselnymi, robili tzw. stójki (bramy, gdzie oczekiwali zapłaty za przejazd). Jak wspominała pani Maria: a takie, o, malutkie, o, to dla stójki, bo do stójki dzieci poprzychodzą […] bo to dla tych dzieci [MSz].

Korowaj piekł się około godziny, żeby sprawdzić, czy weselny chleb jest już gotowy gospodyni kilka razy popukała w korowaja. Jedna z pań, z którą wcześniej rozmawiałyśmy, instruowała nas: jak on beńdzie pukal tak, odglos beńdzie dawal, to znaczy jest upieczony, jak beńdzie niedopieczony, to on beńdzie taki bez odglosu żadnego [WT]. Po wyjęciu z pieca pani Maria położyła ciasto na białą serwetę.

Nasz korowaj był piękny… A jego wygląd zawsze miał bogate znaczenie symboliczne. Korowaj pokazał…, wielokrotnie powtarzała pani Maria [MSz]. Ten weselny chleb jest wróżbą – decydując się na korowaja, młodzi zgadzają się poznać swoją przyszłość. Mówi się, że jeżeli małżeństwo będzie nieudane, ciasto pęknie: przesądzona w życiu para i ta para rozejdzie się [MSz]; jak ten korowaj urośnie niepęknięty, to oznaczalo, że dobre życie mlodej parze bendzie. No jak pęknie, no to jakby nie za bardzo [WT]; pęknie to juz takie życie pęknięte; od korowaja do życia [MSz].

[1] Podczas festiwalu przeprowadziliśmy rozmowy z kobietami kultywującymi tradycję wypieku korowaja. Nasze informatorki to:

[WT] Walentyna Troc, ur. 1953, Szczerniew, zam. Bielsk Podlaski
[WN] Wiera Niczyporuk, ur. 1940, Malinniki-Kolonia, zam. Malinniki-Kolonia
[MSz] Maria Szyszko, ur. 1930, Tymianka, zam. Wilanowa
[LS] Ludmiła Stawska
[2] Maria Szyszko – ur. W 1930r. w Tymiance, obecnie mieszkająca w Wilanowej

[3] W wypiekaniu korowaja podczas majowego weekendu uczestniczyli członkowie Studenckiego Naukowego Koła Etnolingwistów działające w Instytucie Filologii Polskiej UMCS w Lublinie wraz z opiekunką koła, dr Joanną Szadurą i studentami z Kolegium UMCS w Białej Podlaskiej z opiekunką, dr Martą Nowosad-Bakalarczyk.

[4] I. Kraszewski, Stara baśń, Warszawa 1969, s. 326.

[5] Tamże, s. 326.

[6] Tamże, s. 326.

[7] Tamże, s. 326.

[8] Tamże, s. 326.

[9]Tamże, s. 326.

[10] Tamże, s. 326.
Olga Kielak (Tarasiuk)

Artukuł został opublikowany na stronie www.kulturaludowa.pl (http://www.kulturaludowa.pl/widok/219/1672)

Konferencja Stereotypy – walka z wiatrakami? Lublin, 6-7 maja 2010

Różnorodność materiału badawczego, odmienność zastosowanych metodologii i bogactwo wniosków, do których wspólnie dochodziliśmy, stały się podstawą do dyskusji – bezpośrednio po wystąpieniach i w kuluarach.
Jesteśmy dumni, że na 29 wystąpień studencko-doktoranckich, aż w 19. referatach podjęto temat stereotypu w rozumieniu filologicznym (językoznawczym lub literaturoznawczym). Cieszy nas też i to, że konferencja umożliwiła zaprezentowanie w szerszym gronie metodologii wypracowanej przez Lubelską Szkołę Etnolingwistyczną zainicjowaną i kierowaną przez prof. Jerzego Bartmińskiego.
Inicjatywa „międzykołowej” i międzywydziałowej konferencji na temat stereotypu spotkała się z dużym zainteresowaniem ze strony studentów i pracowników wszystkich trzech zaangażowanych w to spotkanie instytutów. Sale konferencyjne, zarówno w pierwszym, jak i w drugim dniu obrad nie świeciły pustkami. Obecnością zaszczycili nas pracownicy naukowi uczelni oraz koleżanki i koledzy, którzy z nieprzymuszonej woli przysłuchiwali się prelegentom. Wśród słuchaczy nie zabrakło Prorektora UMCS ds. studenckich – prof. dra hab. Stanisława Michałowskiego, Dziekana Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS – prof. dra hab. Ryszarda Bery, Zastępcy Dyrektora Instytutu Filologii Polskiej UMCS i jednocześnie Kuratora SKNE – dr hab. Stanisławy Niebrzegowskiej-Bartmińskiej. Życzliwą radą służyła nam w czasie przygotowań i podczas obrad dr Joanna Szadura.
Pozostaje nam zachęcić wszystkich studentów – członków kół naukowych naszego uniwersytetu do podejmowania współpracy z koleżankami i kolegami zajmującymi się innymi, często odmiennymi dziedzinami. Konferencja naukowa to bowiem nie tylko czas wytężonego wysiłku naukowego, ale także okazja do nawiązania ciekawych znajomości i wartościowych przyjaźni. Wierzymy, że w podobnym gronie, spotkamy się już niedługo – może w Lublinie, a może nie tylko…
Monika Gryboś (SKNE)

„Korowaj, korowaj czarku miodem naliwaj” 30-2 maja 2010

Korowaj, korowaj czarku miodem naliwaj

Wspólne zdjęcie: dr Marta Nowosad - Bakalarczyk, dr Monika Gabryś, Maria Szyszko, Ludmiła Stawska, red. Monika Hemperek oraz studenci UMCS

Wspólne zdjęcie: dr Marta Nowosad – Bakalarczyk, dr Monika Gabryś, Maria Szyszko, Ludmiła Stawska, red. Monika Hemperek oraz studenci UMCS

W weekend majowy wybraliśmy się na Podlasie tropem korowaja. W drodze do Mielnika odwiedziliśmy Muzeum Kraszewskiego w Romanowie, Janów Podlaski i Górę Grabarkę. Wieczorem przyszedł czas na chwilę wytchnienia przy ognisku i rozejrzenie się po okolicy. Następnego dnia zwarci i gotowi do pracy udaliśmy się na IV Festiwal Korowaja Mielnickiego, podczas którego został rozstrzygnięty konkurs na najsmaczniejszy, najbardziej okazały korowaj. Imprezę uświetniły swoimi występami zespoły śpiewacze: „Malinki” z Malinnik, „Wrzosy” z Wilanowa i „Korowaj” z Radziwiłłówki.

Członkowie zespołów i wszyscy uczestnicy festiwalu chętnie odpowiadali na nasze pytania, których mieliśmy bardzo dużo. Po nagraniach przyszła pora na mały poczęstunek, zostaliśmy też podjęci tradycyjnym trunkiem nadbużańskim. Degustacji towarzyszyły nieco mniej oficjalne rozmowy, podczas których dowiedzieliśmy się m. in. co zrobić, aby urodzić syna muzyka, jaką bieliznę założyć na scenę, a także jak powstają scenariusze inscenizacji obrzędowych.

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, aby wcielić się w rolę prawdziwych korowajnic. Naszą mentorką była pani Maria Szyszko, zwyciężczyni III Festiwalu Korowaja Mielnickiego, od lat wypiekająca korowaje weselne. Po pięciu godzinach ciężkiej wspólnej pracy powstało arcydzieło, które można podziwiać w naszej galerii. Mogliśmy też zaczerpnąć z mądrości i doświadczenia życiowego pani Marii, dla nas babci Marysi. „Wy wszystkie moje dzieci”- powiedziała.

Anna Kowalska, Justyna Kowalczyk

Czym chata bogata, tym rada 19.03.2010 (Dni otwarte UMCS)

Kolorowe koreczki, grubaśne kroniki, słomiane ozdoby… Studenci z Koła Naukowego Etnolingwistów UMCS kultywują staropolski obyczaj gościnności.
19 marca przed licealistami otworzyły się drzwi uczelni. Młodzież tłumnie stawiła się na Dni Otwarte, spragniona nie tylko długopisów i cukierków, ale przede wszystkim cennych informacji. Na licealistów czekali entolingwiści. Studenci SKNE przygotowali dla przybywających sporo atrakcji. Gości oczekiwano w drzwiach, może nie z chlebem i solą, ale z barwnymi ulotkami, objaśniającymi, czym koło się zajmuje. Licealiści dowiedzieli się, na czym polega praca w kole i czym zajmuje się etnolingwistyka. Zainteresowani uczestniczyli w warsztatach Opowiem Ci o tym… – W kręgu historii mówionej. Przewodnicząca koła, Emilia Wronka, opowiedziała o metodzie badawczej oral history, podała źródła, do których mogą sięgnąć bardziej zainteresowani. Studenci z Koła Naukowego Etnolingwistów metodę oral history wykorzystują podczas badań na obozach terenowych; przeprowadzają wywiady, później sporządzają transkrypcje, inwentarze. Tak zebrane materiały są później wykorzystywane przy pisaniu prac licencjackich, magisterskich i doktorskich. To żmudne zajęcie, ale daje wiele w zamian. Oprócz szczytnych idei ocalania tradycji, mamy wszak możliwość spędzania czasu wolnego w sposób nietuzinkowy. Historia mówiona zainteresowała licealistów. Niektórzy z gości pytali o możliwość wykorzystywania tej metody przy przygotowaniu prezentacji maturalnych.
Podczas warsztatów licealiści mieli także możliwość obejrzenia dokumentacji zdjęciowej z naszych ostatnich obozów terenowych oraz filmu Droga do wolności autorstwa Mariusza Polowego (SKNE).
Olga Kielak (Tarasiuk)